Caroline Janice Cherryh        Przybysz

    . Księga 3 . Rozdział 8 .    

    Głośna noc - rzekła Ilisidi, nalewając sobie herbaty, której zapach uniósł się wraz z parą nad stołem i Bren poczuł mdłości. - Jest mi niewymownie przykro i wstyd, aiji-mai.

    Ilisidi uśmiechnęła się, wyraźnie się uśmiechnęła i wsypała sobie cukru.

    Drobne szpilki podczas całego śniadania. Ilisidi była w znakomitym humorze. Pochłonęła cztery ryby, miseczkę płatków zbożowych i dwa ciastka ze słodką oliwą, podczas gdy Bren poprzestał na płatkach i bułeczkach śniadaniowych, myśląc, że biorąc pod uwagę ból, jakiego doznawał, siedząc na twardym krześle, wolałby chyba wypić herbatę Ilisidi niż znów dosiąść Nokhady.

    Zeszli jednak na dół. Ilisidi upajała się rześkim wiatrem wiejącym od jeziora, wiatrem, który szarpał za poły kaftana i przenikał przez swetry, kiedy człowiek wychodził ze słońca na dziedziniec stajni.

    Tego ranka Nokhada przynajmniej zechciała ugiąć nogę i tym razem Bren był gotowy na jej gwałtowny wyprost, zanim jeszcze dobrze usiadł w siodle.

    Bolało. Boże, ależ bolało. Nie był to akurat ten ból, do którego mógł się przyznać mężczyzna ani którym mógłby się wykręcić. Bren miał tylko nadzieję na szybkie odrętwienie i wytłumaczył sobie, że jego przodkowie byli jeźdźcami, a mimo to nie dali zginąć gatunkowi.

    Stanowczo ukrócił kręcenie się Nokhady w kółko, zdecydowany mieć ostatnie słowo w sprawie ich trasy - co trwało do chwili, kiedy Ilisidi wyjechała z dziedzińca, a Nokhada popędziła w kierunku drogi, przepychając się obok mecheity Cenediego, żeby zająć miejsce za ogonem Babsa.

    Prosto przed siebie. Ilisidi i Babs zniknęli za grzbietem urwiska, na kilka kroków przedtem, nim Nokhada wygrała z wierzchowcem Cenediego i rzuciła się za nimi w dół.

    Dzięki Bogu - na ścieżkę, a nie w powietrze.

    Bren nie krzyknął ani nie zaprotestował, choć zrobiły to jego nogi. Ból przez chwilę był przenikliwy - Nokhada zrobiła tuzin sztywnych kroków zakurzonym żlebem, który zaczynał się nad miejscem, gdzie poprzedniego dnia dała przedstawienie z wodzą.

    Gdyby wtedy zniknęli za grzbietem, to wcale by nie spadli - niech diabli tę mecheitę. Owszem, przemierzyliby długą drogę na drugi taras nad jeziorem, ale ten taras tam był, bez względu na to, czy na początku przejażdżki Bren potrafiłby się utrzymać na grzbiecie Nokhady.

    Uznał za równie interesujące, że mając do dyspozycji stromy szlak prowadzący w dół, ale niegroźny dla początkującego głupca, Ilisidi poprowadziła ich wczoraj prosto pod górę, chociaż droga była trudna. A zatem przepuszczona druga okazja. Może jednak ta herbata to rzeczywiście był przypadek.

    Co prawda, wobec faktu, że wczoraj ktoś wdarł się na teren posiadłości, najważniejszą rzeczą było przejechać za grzbiet lub powyżej poziomu fortecy.

    A biorąc pod uwagę słowa Banichiego, że byli pod bezpośrednią obserwacją...

    - Dlaczego nie powiedziałeś mi wczoraj, że ktoś może tam być? - zapytał Cenediego. Reszta ochrony wdowy jechała z tyłu. - Wiedziałeś, że grozi nam niebezpieczeństwo. Banichi ci powiedział.

    - Zwiadowcy byli wystarczająco czujni - odparł Cenedi. A Banichi kręcił się w pobliżu.

    - Nadi, ryzyko dla wdowy? Z całym szacunkiem, czy to rozsądne?

    - Przy człowieku Tabiniego? - Twarz Cenediego miała kilka cech wspólnych z twarzą Banichiego. Między innymi równie wyrazistą mimikę. - Nie. Ryzyka nie było.

    Nie było? Być może to komplement dla Banichiego, niemniej jednak ryzyko było cholerne, w każdym ludzkim znaczeniu tego słowa, chyba że, co przyszło mu do głowy zeszłej nocy, istniało tu więcej systemów bezpieczeństwa, niż Banichi i Cenedi byli gotowi przyznać. Jechał w milczeniu obok Cenediego, a fale omywały leżące poniżej głazy. Niebo było błękitne. Woda tańczyła. Przed pyskiem Nokhady przeleciała smoketka i mecheita skoczyła w bok, przez zapierający dech w piersiach moment balansując na krawędzi urwiska.

    - Cholera! - powiedział Bren i przez chwilę toczył w milczeniu wojnę z Nokhadą. Cenedi zachował całkowicie obojętny wyraz twarzy i pełne panowanie nad swoim mecheitą.

    Ilisidi jechała na przedzie, najwyraźniej nie wiedząc, co się dzieje. Kiedy Bren odchylił głowę i spojrzał w górę, nie widział już murów fortecy, a jedynie wybrzuszoną skalną ścianę, a za nią sam skraj współczesnego muru, oddzielającego dziedziniec od szlaku. Przed nim droga wiła się coraz wyżej, dochodząc do cypla z oszałamiającym widokiem, gdzie Ilisidi zatrzymała się i gdzie, dołączywszy do niej, Bren też stanął, tłumacząc sobie, że jeśli Babs nie rzuci się w przepaść, to Nokhada tego też nie zrobi i on nie musi się martwić.

    - Wspaniały dzień - odezwała się Ilisidi.

    - Niezapomniany widok - odparł i pomyślał, że nigdy go nie zapomni, tej niebezpiecznej wysokości, siły zwierzęcia, na którym siedzi, zaskakującej panoramy jeziora rozciągającego się wokół nich jak okiem sięgnąć. Jeżdżąc z Tobym na nartach, spotykał takie widoki, ale żaden z nich nie zawierał w sobie atewskich znaczeń, żaden nie był tak obcy, a zarazem przepełniony nazwami, z tożsamością i historią. W Bu javid - z jego naciskami, rozkładami zajęć, tłumami politycznych lizusów - nie było takich widoków, takich zapierających dech w piersiach chwil, które oferowało Malguri... w przerwach między godzinami klaustrofobicznej, przytłaczającej ciszy i bólami głowy od palących się lamp naftowych, nie mówiąc już o zimnych, ciemnych kątach przepastnych korytarzy i kolanach poparzonych przez zbytnie przysuwanie się do ognia.

    Ani o kanalizacji.

    Ale miało to swój urok. Miało zalety, niewiarygodną fakturę życia nie mierzonego liniami prostymi i ujednoliconymi jednostkami miary, życia, które nie toczyło się wzdłuż ulic i prostych krawędzi, gdzie ludzie mieszkali stłoczeni jedni nad drugimi, a światła przyćmiewały w nocy blask gwiazd. Tutaj człowiek słyszał wiatr i fale, odnajdywał nieskończoną różnorodność kamieni wygładzonych przez powietrze i wodę i nie było tu żadnego rozkładu zajęć oprócz niepodważalnego faktu, że jeśli się wyjechało z zamku, to w drodze powrotnej trzeba było pokonać taką samą odległość...

    Ilisidi mówiła o statkach handlowych i rybakach, a wysoko nad Malguri przeleciał odrzutowiec, zostawiając za sobą cienką smugę. Zdążał na wschód, nad działem kontynentalnym, barierą, która przez tysiące lat nie pozwalała się zetknąć dwóm atewskim cywilizacjom, a teraz można ją było pokonać w cztery, pięć godzin, takie to było łatwe. Ilisidi mówiła jednak o podróżach przez Maidingi trwających kilka dni, kiedy to przejeżdżało się przez tereny oddzielnych aijiin.

    - W tamtych czasach - powiedziała Ilisidi - ateva zapuszczał się na teren obcych aijiin bardzo ostrożnie.

    Nie bez kozery. Znowu.

    - Wiele się już od tego czasu nauczyliśmy, nand' wdowo.

    - To znaczy?

    - Że otaczanie murami innych w takim samym stopniu ogranicza nas samych, nand' wdowo.

    - Ha - oświadczyła Ilisidi i ruchem, którego Bren nawet nie zauważył, obróciła Babsa i puściła się pędem wzdłuż wzgórza, rozpryskując kamienie na wszystkie strony. .

    Nokhada ruszyła za nią. Wszyscy musieli pójść w jej ślady. Kiedy wpadli na ścieżkę prowadzącą w dół do jeziora, bolało, Boże, jak bolało. Przed nimi jechała Ilisidi, powiewając warkoczem przeplatanym siwizną - żadnej wstążki oznaczającej pozycję, żadnych ozdób, tylko czerwono-czarny kaftan i lśniący czarny zad Babsa z wymachującym ogonem, świadczącym o nadmiarze energii - i nie myśląc być może o niczym innym, jak rozciągająca się przed nią wolna przestrzeń.

    Dogonienie Babsa było pomysłem Nokhady, ale mając za sobą resztę straży, a obok siebie Cenediego, Bren mógł tylko zdać się na nią.

    Kiedy indziej zatrzymali się na wąskiej, półkolistej piaszczystej plaży, gdzie jezioro wypychało linię brzegu. Człowiek myślący o zabójcach mógł jedynie stwierdzić, że na brzegu są miejsca, do których może przybić łódź i skąd można dotrzeć do Malguri.

    Czekając, aż mecheiti złapią oddech, Ilisidi mówiła o jeziorze, jego głębokości i mieszkańcach - o jego duchach.

    - Kiedy byłam dzieckiem, fala wyniosła na południowy brzeg wrak, właściwie sam dziób, ale dorośli sądzili, że może to być fragment statku wiozącego skarb, który zatonął przed czterystu laty. Nurkowie poszukiwali go wzdłuż całego tutejszego wybrzeża. Podobno go nie znaleźli. Jednak mniej więcej w tym czasie w Malguri pojawiły się zabytkowe przedmioty, które służący czyścili w beczkach na dziedzińcu stajennym. Ojciec wysłał najlepsze eksponaty do muzeum w Shejidan. Prawdopodobnie kosztowało go to jedną z posiadłości. Jednak większość mieszkańców prowincji Maidingi przetopiłaby je na złoto.

    - Dobrze, że je uratował.

   - Dlaczego?

    - Dla przeszłości - odparł Bren, zastanawiając się, czy może znów czegoś nie zrozumiał w atewskim sposobie myślenia. - Żeby ją uratować. Czy to nie jest ważne?

    - A jest? - Ilisidi odpowiedziała mu pytaniem i Bren nadal był w kropce. Znów ruszyła pod górę i Bren dał sobie spokój z filozofią na korzyść ochrony tego, co, jak się obawiał, zmieniło się już w pęcherze. Do diabła z tą kobietą! Pomyślał, że gdyby zwolnił i został w tyle tak długo, jak długo udawałoby mu się hamować zapędy Nokhady, to wdowa mogłaby uznać to za poddanie się i zwolnić - ale niech go diabli, jeśli to zrobi, niech go diabli, jeśli zawoła o pomoc czy poprosi o przystanek. Ilisidi wykluczyłaby go wtedy ze swego towarzystwa, prawdopodobnie straciłaby całe zainteresowanie nim, a on mógłby poleżeć w ciepłej kąpieli, czytając opowiadania o duchach, aż jego zabójcy nadzialiby się na bariery, jakie niewątpliwie ustawił Banichi, i zginęliby, a on mógłby wrócić do klimatyzowanego domu, porannych wiadomości i herbaty, której ufał. Od czasu do czasu wydawało się to jedyną ucieczką.

    Dotrzymywał jednak kroku Ilisidi. Atevi nazywali to na'itada. Barb nazywała to cholerną głupotą. Nigdy w życiu nie spędził tak długiej godziny, bo tyle trwał powrót do domu. Godziny, podczas której raz po raz powtarzał sobie, że wolałby raczej spaść w przepaść i mieć wszystko z głowy.

    W końcu pojawiły się przed nimi wrota na dziedziniec stajenny, a mecheiti ożywiły się na myśl o stajni i obroku. Udało mu się zmusić Nokhadę do ugięcia nogi i zsunął się na ziemię, nie mając pewności, czy potrafi ustać.

    - Gorąca kąpiel - zawołała do niego Ilisidi. - Przyślę ci trochę ziół, nand' paidhi. Do zobaczenia rano!

    Udało mu się ukłonić i bez widocznego utykania wejść po schodach w otoczeniu świty wdowy.

    - Ból znika - powiedział cicho Cenedi - w ciągu czterech lub pięciu dni.






    P rzez całą długą drogę przez główny hol myślał jedynie o gorącej kąpieli. Gorąca kąpiel, przez jakąś godzinę. Miękkie i nieruchome krzesło. Moczenie i czytanie wydawało się wspaniałym sposobem spędzenia reszty dnia, podobnie jak siedzenie na słońcu, pilnowanie własnych interesów oraz unikanie aijiin i ich sportowych wyczynów. Przekuśtykał długi hol i zaczął wchodzić na schody prowadzące na jego piętro.

    Na kamiennej podłodze pod schodami zastukały szybkie kroki. Bren odwrócił się, lekko zaniepokojony o swoje bezpieczeństwo, i zobaczył podchodzącą do schodów Jago, uosobienie energii i napięcia.

    - Bren-ji - zawołała do niego. - Dobrze się czujesz?

   Wyraźnie utykał. Włosy wymknęły mu się z warkocza, a na kaftanie miał kurz, sierść i ślinę.

    - Świetnie, nadi-ji. Czy lot był przyjemny?

    - Długi - odparła, doganiając go kilkoma krokami, za którymi człowiek ledwo by nadążył. - Spadłeś, Bren-ji? Chyba nie spadłeś...

    - Nie, jestem tylko obolały. To nic takiego. - Bardzo się starał nie kuleć przez resztę drogi po schodach. Szedł obok niej korytarzem... jakby zakładał, że interesuje ją zapach potu i sierść mecheity. Jago pachniała kwiatami, i to dość przyjemnie; Bren nie zauważył tego wcześniej. Sam czuł lekkie skrępowanie paidhiin przekazywali swoim następcom, że nie jest grzecznie pocić się w towarzystwie. Przegrzani ludzie pachnieli inaczej, a w sprawach higieny osobistej atevi nie przyjmowali inności dobrze; administracja wbijała to do głowy młodszym urzędnikom. Bren usiłował więc dyskretnie trzymać się jak najdalej od Jago, zadowolony z jej powrotu, marząc o możliwości kąpieli przed wymianą informacji, a najbardziej żałując, że nie było jej tu zeszłej nocy.

    - Wiesz, gdzie jest Banichi? Nie widziałem go od wczoraj.

   - Pół godziny temu był na lotnisku - odpowiedziała Jago. - Rozmawiał z osobami z telewizji. Chyba tu jadą.

    - Po co?

    - Nie wiem, nadi. Lecieliśmy tym samym samolotem. Może ma to jakiś związek z próbą zabójstwa. Nie mówili.

    Nie mój interes, stwierdził w myślach Bren. Banichi załatwi sprawę ze zwykłą dyskrecją, prawdopodobnie odeśle ich następnym samolotem.

    - Żadnych innych kłopotów tutaj?

    - Tylko z Banichim.

    - Jak to?

    - Nie jest ze mnie zadowolony. Chyba coś zrobiłem albo powiedziałem, nadi-ji, nawet nie jestem pewien.

    - Napisanie sprawozdania o hańbiącymi zachowaniu kolegi nie jest łatwą sprawą - rzekła Jago. - Daj mu trochę luzu, nand' paidhi. Pewne rzeczy nie leżą w twoich kompetencjach.

    - Rozumiem to - odparł, mówiąc sobie, że nic nie zrozumiał: zeszłej nocy uparcie koncentrował się na własnych dolegliwościach, nie zauważając usprawiedliwionego przygnębienia Banichiego. Zaczęło mu świtać, że zanim niezręcznie się pożegnali, Banichi mógł od niego czegoś chcieć, czego on mu po prostu nie dał. - Chyba zeszłej nocy byłem bardzo nieuprzejmy, nadi. Nie powinienem tak się zachować. Nie wypełniałem swoich obowiązków. Chyba słusznie się na mnie zdenerwował. Mam nadzieję, że mu to wytłumaczysz.

    - Nie masz względem niego żadnych obowiązków, Bren-ji. To my mamy obowiązki względem ciebie. I bardzo wątpię, żeby się obraził. Jeśli pozwolił ci zauważyć, że się czymś gryzie, to uznaj to za komplement.

    Niezwykły pomysł. Jedna część mózgu Brena zaczęła przetrząsać pamięć, przeglądając stare dane. Druga część udała się na wakacje, rozważając, czy to oznacza, że Banichi mimo wszystko go lubi.

    A ta rozsądna, robocza część mózgu powiedziała pozostałym dwóm częściom, żeby zajęły się pracą i przestały oczekiwać ludzkich reakcji od atevich. Jago mówiła to, co myślała, koniec, kropka; Banichi odsłonił się przed nim, Banichi był zdenerwowany brudną sprawą i ani Banichi, ani Jago nie mieli zamiaru nagle przejawiać ludzkich uczuć tylko dlatego, że zostali zamknięci ze znudzonym człowiekiem. To nie było zaraźliwe, nie dawało się tego przekazać i Bren prawdopodobnie okropnie zdenerwował Banichiego, który z równym, jak on, zapałem posyłał mu sygnały, ale Bren ich nie zauważył. Jako współbiesiadnik był smętnym zastępcą Jago, która wyjechała do Shejidan, żeby wyjaśnić Gildii, dlaczego ktoś chciał zabić paidhiego. Prawdopodobnie pod koniec wieczoru Banichi potrafił już na to pytanie odpowiedzieć.

    Dotarli do drzwi. Bren miał klucz w kieszeni, ale Jago była pierwsza i to ona je otworzyła.

    - Jaki jesteś ponury - powiedziała, oglądając się na niego. - Dlaczego, nand' paidhi?

    - Zeszłej nocy mówiliśmy różne rzeczy. Żałuję tego, co powiedziałem. Żałuję, że nie przeprosiłem. Gdybyś mogła mu przekazać, że...

    - Słowa i czyny nie są nawet braćmi - rzekła Jago. Zamknęła drzwi, włożyła klucz do kieszeni i wyjęła spod pachy teczkę. - To powinno cię pocieszyć. Przywiozłam ci pocztę.

    Już się poddał. Przyjął do wiadomości, że ochrona jej nie przepuści, a Jago wywróciła do góry nogami wszystkie jego przypuszczenia co do swego położenia w Malguri.

    Przejrzał plik papierów, które mu podała, nie zadając sobie nawet trudu, żeby usiąść. Szukał korespondencji prywatnej.

   W większości były to katalogi i to nie tyle, ile ich zwykle dostawał; trzy listy, ale żaden nie był z Mospheiry - dwa od przewodniczących komisji rolnictwa i finansów, jeden z oficjalną pieczęcią Tabiniego.

    To nie była cała poczta, a przynajmniej nie jego zwykła poczta - nic od Barb czy matki. Żadnych wiadomości z biura, pytań typu: "Gdzie jesteś? Czy jeszcze żyjesz?".

    Jago na pewno wiedziała, czego brakuje. Musiała wiedzieć, nie była tak ograniczona. A co on na to powie? Stała, czekając, prawdopodobnie ciekawa listu od Tabiniego.

    A może doskonale wiedziała, co w nim jest.

    Zaczął bać się odpowiedzi - bać się własnej ignorancji i tego, że nie będzie umiał odgadnąć, co mówi otaczająca go cisza albo które z sygnałów Tabiniego miał odczytać.

    Przeciągnął paznokciem kciuka pod pieczęcią na liście od Tabiniego, mając nadzieję na ratunek - nadzieję, że znajdzie w nim jakieś wyjaśnienie, które nie spowoduje katastrofy.

    Tabini nie miał najwyraźniejszego charakteru pisma, z jakim w życiu miał do czynienia. Zwykła wyliczanka tytułów. "Mam nadzieję, że jesteś zdrów" - list zaczynał się kaligraficznym zawijasem Tabiniego. "Mam nadzieję, że z radością zażywasz słońca i wody Malguri".

    Dziękuję, Tabini, pomyślał kwaśno, bardzo ci dziękuję. Przecież jest pora deszczowa. Oparł się bolącym siedzeniem o stół, a Jago czekała w milczeniu.

    Coś o telewizji. O telewizji, na litość boską.

    "...mój zamiar, by poprzez ten wywiad pokazać wszystkim na całym świecie ludzki sposób myślenia i zachowania, całkowicie odmienny od przedstawianych przez machimi. Uważam, że jest to korzystna okazja, której nie powinno się zmarnować, i wiele sobie obiecuję po twoich zdolnościach dyplomatycznych, Bren. Proszę, żebyś był z tymi zawodowcami tak szczery, jak prywatnie ze mną".

    - Nadi Jago. Czy wiesz, co tu jest napisane?

    - Nie, Bren-ji. Czy coś się stało?

    - Tabini przysłał ekipę telewizyjną!

    - To wyjaśniałoby jej obecność w samolocie. Jestem zaskoczona, że nie zostaliśmy zawiadomieni. Chociaż to pewne, że mają listy polecające.

    "W sytuacji, w której było rozsądne odizolować cię od miasta i tamtejszych kontaktów, nie widzę skuteczniejszego sposobu przeciwstawienia się twojemu wrogowi, niż zyskanie większej przychylności opinii publicznej. Osobiście rozmawiałem z kierownictwem działu informacji i świadomości publicznej w sieci ogólnokrajowej i zezwoliłem szanowanej i bardzo uznanej ekipie dziennikarskiej na przeprowadzenie z tobą wywiadu w Malguri; który to wywiad, na co z szacownym panem ministrem edukacji mamy nadzieję, może doprowadzić do comiesięcznych konferencji prasowych...".

    - On chce, żebym co miesiąc występował w specjalnym programie! Czy wiesz coś o tym?

    - Z całą pewnością nie, nadi. Jestem jednak przekonana, że jeśli Tabini-aiji zezwolił tym osobom na rozmowę z tobą, to są one godne zaufania.

    - Godne zaufania. - Przejrzał list w poszukiwaniu kolejnych hiobowych wieści, lecz znalazł jedynie fragment: "Wiem, że pogoda o tej porze roku nie jest najlepsza, ale mam nadzieję, że przyjemności dostarcza ci biblioteka oraz mieszkanie pod jednym dachem z szacowną aiji-wdową, której, żywię nadzieję, przekażesz moje osobiste życzenia pomyślności".

    - To niemożliwe. Muszę porozmawiać z Tabinim. Jago, potrzebuję telefonu. Natychmiast.

    - Nie mam zezwolenia, Bren-ji. Tutaj nie ma telefonu, a ja nie mam zezwolenia na wypuszczenie cię spod naszej...

    - Do diabła, Jago!

    - Nie mam zezwolenia.

    - A Banichi?

    - Wątpię, nadi-ji.

    - No to ja też nie mam zezwolenia na występ w telewizji. Nie mogę z nimi rozmawiać.

    Zmarszczone czoło Jago świadczyło o niepokoju.

    - Paidhi mówi mi, że Tabini-aiji dał tym osobom zezwolenie. Jeśli Tabini-aiji zezwolił na ten wywiad, to paidhi z pewnością zdaje sobie sprawę, że byłby to dla nich i dla ich przełożonych spory afront, sięgający nawet dworu aijiego. Jeśli paidhi otrzymał w tym liście zezwolenie na odmowę, to muszę poprosić o ten list.

    - Nie chodzi o Tabiniego. Nie mam zezwolenia z Mospheiry na żaden wywiad. Absolutnie nie mogę tego zrobić bez konsultacji z moim biurem. A na pewno nie mogę tego zrobić w pół godziny po otrzymaniu wiadomości. Muszę skontaktować się z moim biurem. Natychmiast.

    - Czy twoje man'chi nie jest związane z Tabinim? Czy tak właśnie nie mówiłeś?

    Boże, trafiła prosto w przewidywalny i bezdyskusyjny punkt.

   - Moje man'chi do Tabiniego nie wyklucza sprzeczania się z nim czy ochrony mojego autorytetu wśród rodaków. To mój obowiązek, nadi-ji. Nie dysponuję żadną siłą. Cała siła jest po waszej stronie. Moje man'chi daje mi jednak moralną władzę poproszenia cię o pomoc w wykonywaniu moich obowiązków.

    Wykręty i wybiegi prawnika procesowego stanowiły konieczną część pracy paidhiego. Jednak namówienie Jago do innego spojrzenia na man'chi było jak wytoczenie sprawy sile ciążenia.

    - Musiałby na to zezwolić Banichi - rzekła Jago z niezmąconym spokojem - jeśli ma taką władzę, w co wątpię, Bren-ji. Jeśli chcesz, żebym pojechała na lotnisko, przekażę mu twoje zastrzeżenia, chociaż obawiam się, że ekipa telewizyjna pojawi się zgodnie z planem, co może nastąpić, zanim da się coś załatwić, a nie wyobrażam sobie, jak Tabini mógłby wycofać zezwolenie, które najwyraźniej wydał, bez...

    - Słabo mi. To pewnie ta herbata.

    - Proszę cię, nadi, nie żartuj.

    - Nie mogę z nimi rozmawiać!

    - To rzuciłoby bardzo złe światło na wiele osób, nadi. Chyba rozumiesz...

    - Nie mogę samodzielnie decydować o takich zmianach polityki, Jago! Nie należy to do nadanych mi uprawnień...

    - Odmowa spotkania z tymi osobami z pewnością będzie miała daleko idące reperkusje. Nie potrafię ich przewidzieć, Bren-ji, ale czy nie mógłbyś się zgodzić przynajmniej dla pozoru? To z pewnością nie ukaże się na antenie natychmiast, a jeśli chodzi o politykę, to z pewnością można będzie coś poprawić. Tabini polecił tę ekipę. Stawką jest tu reputacja wielu osób.

    Jago sama była niezgorszym prawnikiem, biegłym przynajmniej w sprawach man'chi i płynących z niego zobowiązań oraz niuansów, na podstawie których jej profesja dopuszczała zażalenia lub nie. Życie i śmierć. Uzasadnione i nieuzasadnione. I miała rację. Miała dużo racji.

    - Czy mogę zobaczyć ten list, Bren-ji? Oczywiście nie upieram się przy tym, ale może wyjaśni to nieco sprawę.

    Podał jej list. Jago podeszła do okna, żeby go przeczytać, a nie dlatego - pomyślał - że potrzebowała więcej światła.

    - Uważam - odezwała się - że Tabini-aiji doradza ci daleko posuniętą szczerość, nadi. Chyba rozumiem jego sposób myślenia, jeśli mogę sobie pozwolić na taką śmiałość. Gdyby coś ci się stało, publiczne współczucie byłoby bardzo przydatne.

   - Gdyby coś mi się stało.

    - Nie definitywnie. Ale przecież zabraliśmy jedno atewskie życie.

    Stał nieruchomo, usłyszawszy z ust Jago to, co wydawało mu się, że usłyszał. To ta jej nieskazitelna uczciwość. Nie była w stanie dostrzec, że w jej słowach brzmiało uprzedzenie. Myślała w kategoriach atewskiej polityki. To była jej praca, praca dla Tabiniego i dla niego.

    - Atewskie życie.

    - Zabraliśmy je w obronie twojego życia, nand' paidhi. Wymagało tego nasze man'chi. Nie wszyscy jednak zgodziliby się z takim wyborem.

    Musiał zapytać.

    - A ty, nadi?

    Jago przez chwilę nie odpowiadała. Złożyła list.

    - Ze względu na Tabiniego, oczywiście bym się zgodziła. Czy mogę zatrzymać go z innymi dokumentami, nadi?

    - Tak - powiedział i wyrzucił afront z pamięci.

    Czego się spodziewałeś? - powiedział do siebie, po czym zadał sobie pytanie, co może zrobić bez konsultacji, o co mogą go pytać i co może im odpowiedzieć?

    Jago po prostu wzięła list i wyszła przez sypialnię Brena, nie odpowiadając na jego pytanie.

    Jago to uczciwa kobieta; nie dała mu żadnych podstaw do kwestionowania jej kwalifikacji zawodowych. Jemu nie o kwalifikacje chodziło, ale ona niewątpliwie widziała to inaczej.

    Zraził do siebie Banichiego, a teraz obraził Jago. Tego dnia nie szło mu za dobrze.

    - Jago - zawołał za nią. - Jedziesz na lotnisko?

    Atewskie dobre wychowanie nie uznawało też krzyczenia na innych. Żeby mu odpowiedzieć, Jago zawróciła.

    - Jeśli chcesz. Jednak to, co przeczytałam w liście, nie daje mi podstaw do powstrzymywania ekipy, nand' paidhi. Mogę jedynie powiedzieć Banichiemu o twoich odczuciach. Nie istnieje możliwość, bym postąpiła inaczej.

    Zaczynało mu brakować konceptu. Złożył płytki ukłon.

    - Tak jak mówiłem. Jestem zmęczony, nadi, nie wyraziłem się właściwie.

    - Nie jestem urażona, Bren-ji. Opinia tych osób nie ma znaczenia. Czy mam spróbować wywołać Banichiego?

    - Nie - odparł w rozpaczy. - Nie. Porozmawiam z nimi. Poinformuj tylko Tabiniego w moim imieniu, że postawił mnie w sytuacji, która może mnie kosztować moje stanowisko.

    - Na pewno mu to przekażę - rzekła Jago. A kiedy Jago mówiła coś w ten sposób, Bren jej wierzył.

    - Dziękuję, nadi - powiedział. Jago skłoniła się i wyszła przez sypialnię.

    Poszedł za nią z ogłoszeniami urlopowymi i katalogiem rzemieślniczym, który wybrał do przejrzenia w wannie.

    Żegnaj, godzinna kąpieli. Zadzwonił na Djinanę, żeby poinformować go o zmianie planów, w sypialni zrzucił kaftan i pokuśtykał do łazienki. Po drodze wrzucił do kosza na brudną bieliznę zakurzone, opryskane śliną ubranie.

    Kąpiel była gorąca, pachnąca ziołami i Bren z radością spędziłby w niej pół dnia, gdyby tylko Djinana dolewał gorącej wody. Utopił katalog, usnąwszy w połowie lektury - opuścił rękę i zamoczył papier. Tak bardzo był zmęczony i tak mało nad sobą panował.

    Oczywiście przyszedł Tano z wiadomością, że pod portyk zajechała furgonetka z ekipą telewizyjną i Banichim. Mają zamiar rozstawić sprzęt na dole. Czy paidhi zechce się ubrać?

    Paidhi zechciałby się raczej utopić, niż ubrać w sztywny dworski strój i ten cholerny szyty na miarę kaftan, ale Tabini miał inne plany.






    Nie wziął ze sobą notatek na temat problemów transportu. Teraz tego żałował. Padało pytanie za pytaniem, aż w końcu w miejscu, gdzie ciało Brena stykało się z krzesłem i gdzie pusty żołądek upominał się o obiad, zapanowało odrętwienie.

    - Co określa tempo przekazywania informacji? - zapytał wtedy reporter. - Czy nie jest prawdą, że wszystkie te systemy istnieją na Mospheirze?

    - Wiele z nich.

    - A które nie?

    - Nie korzystamy tak dużo z kolei. Lokalne przewozy lotnicze są łatwiejsze. Ze względu na wzniesienia w głębi wyspy lotnictwo jest dla nas bardziej praktyczne.

    - Dwieście lat temu nie przedstawiliście jednak tego aijiemu jako jednej z możliwości.

    - Autentycznie obawialiśmy się ataku.

    - A zatem istnieją i inne względy oprócz środowiskowych.

    Bystry reporter. I upoważniony przez kogoś do zadawania pytań, które być może nie dotrą na antenę, a może i dotrą. Tabini dowierzał temu dziennikarzowi i przysłał go tutaj.

    - Istnieje także ryzyko - powiedział Bren - stworzenia problemów wśród atevich. W okresie Lądowania już prawie mieliście kolej. Gdybyśmy natychmiast zaproponowali aijiemu w Shejidan transport powietrzny, mogłoby to wywołać niepokoje w dalej leżących Patronatach. Nie wszyscy wierzyli, że Barjida-aiji podzieli się tą techniką. A lepsze pociągi parowe stanowiły o wiele mniejsze zagrożenie. Moglibyśmy przekazać rakiety. Moglibyśmy powiedzieć podczas pierwszych negocjacji: "Oto przepis na dynamit". I może nieodpowiedzialne osoby postanowiłyby zrzucić nawzajem na swoje miasta materiały wybuchowe. Właśnie przeszliśmy wojnę. Położenie jej kresu było bardzo trudne. Nie chcieliśmy dostarczyć nowej broni na następną wojnę. To my moglibyśmy zrzucać materiały wybuchowe z samolotów, kiedy już je wybudowaliśmy. Nie chcieliśmy jednak tego robić.

    - Dobry argument - rzekł reporter.

    Bren miał taką nadzieję. Miał nadzieję, że atevi się nad tym zastanowią.

    - Nie chcemy już nigdy więcej wojny - powiedział. - Jeśli chodzi o pobyt na tej planecie, to nie mieliśmy wielkiego wyboru. Wyrządziliśmy szkody, których nie zamierzaliśmy ani nie chcieliśmy wyrządzić. To, o co prosi Traktat, wydaje się uczciwą odpłatą.

    - Czy istnieją granice tego, co chcecie przekazać?

    Potrząsnął głową.

    - Nie.

    - A co z bitymi drogami?

    Cholera, znów to pytanie. Wziął głęboki oddech, żeby się nad nim zastanowić.

    - Znam oczywiście realia transportu w górach. Zamierzam przedstawić moje spostrzeżenia naszej radzie. Jestem też pewien, że nai-aijiin będą mieli dla mnie własne zalecenia.

    Niewielki wybuch śmiechu. I następne trzeźwe pytanie:

    - A jednak to ty sam, a nie żadne ciało ustawodawcze, decydujesz, czy dane miasto otrzyma transport, jakiego potrzebuje.

    - Nie ja sam. Po konsultacjach z aijim, radami i ciałami ustawodawczymi.

    - Dlaczego nie rozwija się dróg?

    - Bo...

    Bo mecheiti idą za przywódcą stada. Bo Babs jest przywódcą stada, a Nokhada nie ma wyboru - bez walki, której nie chce. Co za cholernie głupi pomysł: musi coś odpowiedzieć na to pytanie, coś, co nie urazi atevich.

    - Bo - powiedział, zapędzony w kozi róg - nie potrafilibyśmy przewidzieć, co się stanie. Bo dostrzegliśmy trudności administracyjne. - Ogarnęła go panika. Tracił wątek, mówił bez sensu, a rzecz bez sensu brzmiała jak kłamstwo. - Początkowo baliśmy się, że przydział funduszy na budowę dróg może wywołać podział wewnątrz Patronatu. Jakieś załamanie władzy, którego byśmy nie zrozumieli.

    Reporter zawahał się, zachowując uprzejmie obojętną twarz.

    - Czy chcesz powiedzieć, nand' paidhi, że ta polityka była oparta na błędnym mniemaniu?

    O Boże.

    - Początkowo być może tak. - Myśli wskoczyły we właściwe koleiny: problemem atevich są wioski. - Nie uważaliśmy jednak, że doprowadzi to do rozwiązania problemu wsi. Gdyby sto, dwieście lat temu były drogi, to rozwinąłby się nieuregulowany handel. Gdyby zaś do tego doszło, przedsiębiorstwa handlowe budowałyby tam, gdzie są największe drogi - a im prostsze są drogi, tym więcej dużych ośrodków powstaje w jednej linii i tym bardziej stają się one atrakcyjne - podczas gdy nikt oprócz aijiego nie broniłby odległych wiosek, które i tak miałyby problem w uzyskaniu transportu, tak jak się to dzieje teraz. Oprócz tego wzdłuż tych dróg zwiększyłby się poziom zanieczyszczeń z silników. Mielibyśmy koncentrację jeszcze większej władzy politycznej w głównych ciągach miast. Ja widzę miejsce dla systemu dróg w wioskach, a nie w dużych ośrodkach, jako linii łączących je ze scentralizowanym systemem transportu.

    Nie wzbudził zainteresowania reportera. Jego wypowiedź stała się zbyt szczegółowa, zbyt techniczna, a przynajmniej zaczęła zmierzać ku sprawom technicznym, które reportera nie interesowały lub które według niego nie interesowały widzów. Bren wyczuł to przesunięcie uwagi, kiedy reporter poprawił się na krześle i zmarszczył brwi. Ucieszył się z tego. Reporter zadał jeszcze kilka pytań o to, gdzie mieszka, o jego związki rodzinne, co robi podczas wakacji - dzięki Bogu żadne z nich nie było krytyczne. Kiedy wywiad się skończył, Bren był cały spocony od gorąca bijącego z reflektorów. Reporter nie mógł pominąć obowiązkowych uprzejmości.

    - Dziękuję, nand' paidhi - powiedział, a kiedy zgasły światła, Bren powstrzymał westchnienie ulgi.

    - Przepraszam - rzekł od razu - nie jestem przyzwyczajony do kamer. Obawiam się, że mówiłem nie bardzo sensownie.

    - Mówisz bardzo dobrze, nand' paidhi, zapewniam cię, że o wiele lepiej niż niektórzy z naszych rozmówców. Jesteśmy bardzo zadowoleni, że znalazłeś dla nas czas. - Reporter wstał, Bren wstał, Banichi też wstał. Siedział na granicy cienia, gdzie światła maskowały jego obecność. Wszyscy się ukłonili. Reporter wyciągnął rękę. Ktoś go musiał tego nauczyć.

    - Znasz nasze obyczaje - odważył się powiedzieć Bren. Reporter się ucieszył, skłonił i omal nie zmiażdżył ręki Brena w uścisku.

    Samolot rejsowy wracał o zachodzie słońca. Ekipa wiadomości miała następne spotkanie w Maidingi na temat awarii prądu. Dzięki Bogu. Już pakowała reflektory i rozłączała kabel, płożący się na starożytnych dywanach jak czerwono-czarny powój, który niknął w dalej położonych salach. Maigi poszedł po jego końcówkę gdzieś w kierunku kuchni, gdzie, czego Bren był pewien, personel niechętnie dopuszczał obcych. Wszystko zniknęło w skrzynkach. Szklanookie zwierzęta patrzyły ze ścian równie zdumione i oszołomione, jak paidhi.

    Co ja zrobiłem? - rzekł do siebie, a potem zadał sobie pytanie, czy w sprawozdaniu dla Mospheiry potrafi uzasadnić wszystko, co powiedział; co prawda, omijali w rozmowie drażliwe tematy - tyle udało mu się osiągnąć, jeśli nie liczyć potknięcia w kwestii dróg.

    - Chcielibyśmy przeprowadzić więcej takich wywiadów powiedział na odchodnym reporter. Bren nie pamiętał jego imienia: Daigani czy coś takiego. - Z chęcią nagralibyśmy jeden z nich na Mospheirze. Może zawrzemy jakieś umowy z waszą telewizją, nasza ekipa na miejscu, wywiady ze zwykłymi ludźmi, takie rzeczy.

    - Oczywiście, jeżeli tylko coś takiego da się wypracować odpowiedział. To była odpowiedź na każdą nieprawdopodobną propozycję. Nie mógł pozwolić, żeby dotarła na Mospheirę jako coś, na co się już zgodził. - Musiałbym się skontaktować z odpowiednimi ludźmi... - Te słowa były wyraźnym zadaniem: "Dajcie mi telefon!". Rzucał w ten sposób wyzwanie Banichiemu, Jago i Tabiniemu. Przez zakamarki umysłu przewinęło mu się z tuzin niespokojnych myśli. Służby informacyjne musiały wiedzieć, że ktoś usiłował go zabić, a nikt nie wspomniał o tym słowem. Nie zrobił tego i on. Konspiracyjne podejście Bu-javid do bezpieczeństwa wchodziło w krew jego mieszkańcom. Człowiek nie rozmawiał z prasą bez upoważnienia, nie roznosił plotek, prezentowanie oficjalnego stanowiska politycznego zostawiał odpowiednim departamentom.

    Ale czy nie mógł powiedzieć ekipie telewizji, że wczoraj zginął tu ateva? A może oni wiedzieli i nie zapytali?

    Bren nie miał pojęcia, co ukazywało się w wiadomościach przez ostatni tydzień. Nie wiedział, co jest ogólną wiedzą, a co nie, a polityczne zasady jego urzędu mówiły, że kiedy się czegoś nie wie, to trzeba siedzieć cicho.

    Wygłaszał więc uprzejmości i kłaniał się. Wciąż był spocony, mimo że się ochłodziło. Zbliżał się front atmosferyczny. Ekipa wyraziła nadzieję, że ich samolot nie da się pogodzie. Przelecieli już przez ten front rano - był to niespokojny, pełen wstrząsów lot, który Jago nazwała "długim", a ekipa wiadomości "niewygodnym".

    Frontowe drzwi były jednak otwarte. Do środka wiał wiatr i wpadało światło, jaśniejsze od światła elektrycznych żarówek w holu, którym udawało się wytworzyć jedynie nikłą, złocistą poświatę. Ekipa wynosiła reflektory, reporter gawędził z personelem zamku, a stojący przy drzwiach Tano i Algini cicho rozmawiali i patrzyli na ekipę noszącą sprzęt. Algini z nią przyjechał. Podobnie jak Banichi. Jago była... gdzieś indziej, prawdopodobnie odpoczywała. Tymczasem myśli o tym, co Bren powiedział i co mu przyszło do głowy, obijały się o siebie w zakamarkach jego umysłu, domagając się uwagi i dalszej analizy.

    Wtedy Banichi delikatnie przerwał rozmowę z reporterem i odprowadził go aż do drzwi, gdzie nastąpiła ostatnia obowiązkowa seria ukłonów.

    Bren dołączył do niej, a kiedy ostatni członek ekipy znalazł się na zewnątrz, oparł się plecami o ukryte w półmroku skrzydło drzwi i westchnął z ulgą.

    - Tano i Algini odprowadzą ich na lotnisko - powiedział Banichi, wyłaniając się cieniem ze słonecznego blasku. - Może zostaną tam na kolację. Znalazłem dobrą restaurację.

    - Świetnie - odparł Bren. Nie zapytał: "Może pojechalibyśmy tam wszyscy?", bo większość klientów nie lubi zabójstw przy sałacie. Uświadomił sobie, że denerwował się tym wywiadem jak diabli, nie tylko z powodu pytań, jakie mogły paść, ale i dlatego, że nie dowierzał ekipie i temu całemu sprzętowi, a poza tym nie znał tych osób.

    Stwierdził, że wpadł w kompletną paranoję. Że się boi. Przecież tak naprawdę nie sądził, że ekipa ogólnokrajowej sieci informacyjnej nagle wyjmie broń czy jakieś materiały wybuchowe.

    To było głupie.

    - Poszło ci bardzo dobrze, nand' paidhi.

    - Nie mogłem zebrać myśli. Mogło mi pójść lepiej.

    - Tabini uważa, że powinno być więcej takich wywiadów rzekł Banichi. - Sądzi, że nadszedł czas, żeby paidhi stał się osobą bardziej publiczną. Utrzymującą bliższy kontakt z atevimi.

    - Czy to ma powstrzymać tych, którzy chcą pozbawić mnie życia? - Nie chciał, żeby zabrzmiało to negatywnie. Niewątpliwie to posunięcie było dobrym pomysłem. Niewątpliwie Tabini tak uważał. Jednak Brena nie opuszczał niepokój.

    - Może pójdziesz na górę, nadi, i zdejmiesz kaftan? Odprężysz się.

    Nie wiedział, czy uda mu się odpręży przed nocą, ale kołnierz kaftana uwierał, a od siedzenia nieruchomo cały zesztywniał. Pójście na górę i przebranie się było więcej niż dobrym pomysłem. Była to jedyna rzecz, co do której pozwolono mu tego dnia podjąć decyzję. Jego jedna ważka decyzja.

    Aż do jutra.

    Powiedział, ponieważ w danej chwili było to na miejscu i ponieważ chciał to powiedzieć wcześniej i ponuro obiecał sobie, że to zrobi:

    - Zeszłego wieczoru byłem nieuprzejmy, Banichi, wybacz mi.

    - Nie zauważyłem - odparł Banichi. Uwagę skupił na furgonetce, której drzwiczki właśnie się zatrzaskiwały.

    - Przykro mi z powodu twojego kolegi. I twoich instruktorów.

    - To nie była twoja wina. Ani moja. Ateva jedynie żałuje, że intruz nie był mądrzejszy, ale dobrze, że nie był skuteczniejszy. - Banichi położył Brenowi rękę na ramieniu. - Idź na górę, nadi.

    Odejdź, nie zawracaj mi głowy. Paidhi potrafił to przetłumaczyć. Banichi był myślami gdzie indziej, więc Bren postanowił wrócić na górę i dokończyć przerwaną kąpiel. W kąpieli nikt mu nie przeszkadzał. W wannie nie musiał prowadzić dysput filozoficznych. I dobrze mu to robiło na otarcia, o których nie chciał rozmawiać ze służącymi.

    Ponowne rozpalenie bojlera i napuszczenie wody zajęło sporo czasu. Bren wykorzystał go na zjedzenie lekkiego obiadu, podczas którego przeczytał listy od przewodniczących komisji. Pomyślał - oto przykład, jak szybko umysł powraca w znajome koleiny - że powinien zrobić notatki na komputerze.

    Nie doprowadzono jednak przedłużaczy z kuchni dla paidhiego - o, nie, zrobiono to tylko dla kamerzystów wiadomości! I nikt nie wspominał o powrocie do Shejidan.

    Wziął więc kąpiel, odchylając głowę na krawędź wanny. Wokół niego unosiła się para. Pod ręką miał kieliszek alkoholu odpowiedniego dla organizmu człowieka oraz stertę katalogów. Wśród nich znajdował się katalog z ofertami urlopowymi oraz jeden ze sprzętem sportowym. Nie potrafił co prawda znaleźć rozsądnego zastosowania dla drugiej pary nart czy jeszcze jednego kombinezonu narciarskiego, ale i tak przerzucał katalogi -prawie wyłącznie dla samej przyjemności oglądania obrazków.

    Przez kamienne ściany doszedł go grzmot. Bren zastanawiał się leniwie, czy samolot ekipy telewizyjnej odleciał zgodnie z rozkładem. Miał nadzieję, że tak. Chciał się jej pozbyć na dobre. Zastanawiał się też, co porabiają Tano i Algini wśród wiejskich uciech miasteczka Maidingi. Może zwiedzają brzeg jeziora? Miał nadzieję, że nie przemokną.

    Pociągnął z pokrytego rosą kieliszka. "Lód w dobrym alkoholu?" - zapytał z niedowierzaniem Tabini na początku ich znajomości.

    W obliczu takiej prośby Djinana zachował się o wiele bardziej dyplomatycznie - uniósł tylko brwi i zamrugał oczyma. Ponieważ mieli już prąd i działało światło, w kuchni można było dostać też lód.

    Bren odwrócił stronę katalogu i popatrzył na buty narciarskie, a potem przejrzał wkładkę poświęconą sztuce i kulturze, w której opisywano odzyskiwanie dawnej sztuki z banków pamięci. Przeczytał artykuł o budowie ośrodka wypoczynkowego na górze Allan Thomas, pierwszego luksusowego ośrodka na Mospheirze, gdzie garstka śmiałków przywróciła do życia narciarstwo.

    Atevi ostatnio okazywali zainteresowanie tym sportem we własnych górach. Tabini nazywał go samobójstwem - a potem, kiedy obejrzał amatorskie filmy wideo z wyjazdów narciarskich, których pokazanie paidhi uzgodnił z komisją, wydawało się, że zdradza, acz niechętnie, cień zainteresowania.

    Potencjalna wspólna namiętność ludzi i atevich. Dobrze robi na wzajemne stosunki.

    Już prawie namówił Tabiniego na spróbowanie, ale wybuchł ten cholerny kryzys. Może jeszcze mu się uda. Podobno dobre stoki są w górach Bergid, tylko o godzinę drogi od Shejidan gdzie głupcy ryzykują głową, jak określił to Tabini.

    Wywiad wciąż nie dawał Brenowi spokoju. Martwił się tym, co powiedział, albo wyrazem swojej twarzy, podczas gdy atevi niczego twarzami nie wyrażają. Poza tym nie był przyzwyczajony do kamer telewizyjnych i mówienia prosto w rozjarzone reflektory...

    Zagrzmiało. Światła zamrugały. I zgasły.

    Nie do wiary. Bren rzucił gniewne spojrzenie na mroczny sufit i pociemniałą żarówkę.

    Tym razem jednak się nie poddał. Gorąca woda nie stygnie od razu. W kinkiecie wciąż tkwiły świece. Bren wyszedł z wanny w ciepłe powietrze, wziął świecę z lichtarza na stole, zapalił ją od pilota w bojlerze, po czym zapalił nią świece w kinkiecie. Usłyszał, jak służący wołają do siebie na korytarzu, ale bez paniki, może z wyjątkiem kucharza, który o tej porze prawdopodobnie miał wszelkie ku temu powody. Choćby jednak grzmiało i lało, Malguri jakoś sobie radziło.

    Z powrotem zanurzył się w gorącej wodzie, zadowolony i pewny swojej wiedzy na temat atewskiej przeszłości - paidhi nauczył się, że awaria prądu nie oznacza końca świata. Sącząc drinka z lodem, wrócił do kontemplacji bezpiecznikowych wiązań narciarskich. Klient mógł sobie wybrać czarne, białe albo odblaskowe zielone.

    Od strony wygódki dobiegły pospieszne kroki. Bren podniósł oczy, w które uderzył snop światła z latarki. Trzymała ją czarna, błyskająca iskierkami metalu postać.

    - Bren-ji? - zapytała Jago. - Przepraszamy. Obawiam się, że to ogólna awaria. Nic ci nie jest?

    - Wszystko w porządku - odparł. - Chcesz powiedzieć, że to urządzenie, które właśnie przywieziono i zainstalowano, tak po prostu wysiadło?

    - W tej chwili naprawdę nie wiemy. Podejrzewamy, że ten pierwszy incydent został zaaranżowany. Badamy, co teraz się stało. Proszę cię, nie ruszaj się stąd.

    Poczucie bezpieczeństwa gdzieś zniknęło. Myśl o napastnikach chodzących po korytarzach, podczas gdy on siedzi w wannie, nie była przyjemna.

    - Wychodzę.

    - Ja tu będę - rzekła Jago. - Nie musisz, nadi-ji.

    - Wolałbym. Wszystko w porządku. Właśnie chciałem sobie poczytać.

    - Będę w pokoju przyjęć. Powiem Djinanie.

    Jago wyszła. Bren ubrał się przy świecach i wziął jedną z nich ze sobą, ale ktoś już pozapalał lampy w sypialni i w salonie. W okna uderzał deszcz. Brenowi ta szara jednolitość zaczęła już się wydawać naturalna. Żal mu się zrobiło Banichiego, który prawdopodobnie był gdzieś na dworze. Martwił się też o jego bezpieczeństwo. Nie rozumiał, jak można sztucznie wywołać uderzenie pioruna ani co takiego mogli znaleźć, co zmieniło ich pogląd na tę sprawę.

    Wszedł do pokoju przyjęć. Jago stała przed oknem. Przytłumione światło sprawiało, że jej twarz wyglądała z profilu jak maska; ćwieki lśniły na jej mundurze. Patrzyła na jezioro i na zasnute równo chmurami niebo.

    - Nie próbowaliby tego samego dwa razy - odezwał się. Nie mogą być aż tak szaleni.

    Jago spojrzała na niego i roześmiała się dziwnym, urywanym śmiechem.

    - Może to właśnie znaczy, że są sprytni. Spodziewają się, że nie potraktujemy tego jako rzeczy oczywistej.

    - Oni?

    - ...albo on, albo ona. Ateva nie wie, nadi. Próbujemy się dowiedzieć.

    Uznał, że znaczy to, by nie zawracał jej głowy. Wyjrzał przez okno, co nic mu nie dało.

    - Idź i poczytaj sobie - rzekła Jago.

    Jakby można było tak szybko wrócić do katalogów narciarskich. On na pewno nie mógł. Nie znosił informacyjnej próżni; nie podobali mu się milczący strażnicy, czający się w jego pokoju przyjęć, ani to, że być może uzasadnienie ich obecności właśnie w tej chwili wspina się na mur.

    Poczytaj sobie, akurat... Bren zapragnął, by z okna otwierał się widok na cokolwiek innego niż na tę monotonną szarość.

    Stwierdził, że nie jest w nastroju. Za bardzo był zdenerwowary.

    - Nadi Bren. Odejdź od okna.

    Nie myślał o takich rzeczach. Zły na siebie, że dał się złapać dwa razy, potrząsnął głową i cofnął się.

    Jago patrzyła na niego z pełną niepokoju troską. Oddelegowana do pilnowania głupca, pomyślał Bren, który kręci się wciąż koło okien.

    - Przepraszam - powiedział.

    - Myśl, jak ktoś, kto usiłuje cię dopaść - rzekła. - Nie oddawaj im przysług. Idź, usiądź, odpręż się.

    Zabójca z Gildii, powiedział Banichi. Ktoś, kogo Banichi znał. Spotykał się z nim na gruncie towarzyskim.

    A jednak nie wiedział, dlaczego ten ktoś złamał zasady?

    - Jago, jak się zdobywa licencję?

    - Na co, Bren-ji?

    - No, wiesz. Gildia. - Nie chciał poruszać z Jago drażliwych tematów. Żałował, że w ogóle zaczął.

    - Żeby otrzymać licencję od Gildii? Ateva wybiera.

    Wcale to nie wyjaśniło, co kieruje zdrową umysłowo osobę na tę ścieżkę. Jago nie wydawała się takim typem atevy jeśli w ogóle istniał typowy reprezentant tego zawodu.

    - Bren-ji. Dlaczego pytasz?

    - Zastanawiam się, jaki rodzaj osoby się na mnie uwziął.

    Wydawało się, że Jago zignorowała to pytanie. Odwróciła wzrok do okna. Na deszcz i nicość.

    - Nie jesteśmy z jednej gliny, Bren-ji. Nie mamy takich samych twarzy.

    To znaczy: nie twój interes.

    - Nadi - powiedział, odchodząc, chcąc zostawić ją własnym myślom, gdyby tylko mógł otrząsnąć się ze swoich.

    - Jaka osoba zostaje paidhim? - zapytała, zanim zrobił drugi krok.

    Dobre pytanie, pomyślał. Celne uderzenie. Musiał się nad tym zastanowić i nie znajdował odpowiedzi, którą zwykle miał na podorędziu, nie potrafił nawet odnaleźć chłopca, który wszedł na tę ścieżkę, nie potrafił w niego choćby odrobinę uwierzyć.

    - Chyba głupiec.

    - Ateva wątpi, nadi-ji. Czy to wymagana cecha?

    - Tak sądzę.

    - A więc... jak ubiegacie się o ten zaszczyt? W jakich dziedzinach?

    - W ciekawości. W chęci, by wiedzieć więcej niż Mospheira. By przynieść dobro planecie, na której jesteśmy, i osobom, obok których mieszkamy.

    - Czy taki był też Wilson?

    Celny strzał. Cóż mógł odpowiedzieć?

    - Ty nie zachowujesz się jak Wilson-paidhi - rzekła Jago.

    - Valasi-aiji też nie był Tabinim - odparował.

    - To prawda. Szczera prawda.

    - Jago... - zatrzymał się przed słowem, które rządziło jedynie sałatkami. Potrząsnął głową i ruszył do drzwi.

    - Bren-ji. Dokończ, proszę.

    Nie chciał rozmawiać. Nie był pewien swego rozumowania, nie mówiąc już o panowaniu nad sobą. Jago jednak czekała.

    - Jago-ji, przez całe życie pracowałem najlepiej, jak umiem. Nie wiem, co innego mógłbym robić. Teraz znów zrobiło się ciemno. Chyba na to nie zasłużyłem. Zadaję sobie jednak pytanie, nadi, czy to moja wina, czy nie posunąłem się za daleko i za szybko? Czy zaszkodziłem Tabiniemu, usiłując mu pomóc, i czy ktoś się tak cholernie uparł, żeby mnie zabić? Dlaczego; Jago? Czy przychodzi ci cokolwiek do głowy?

    - Przynosisz zmiany - rzekła Jago. - Niektórych to przeraża.

    - Chodzi o tę cholerną kolej?

    Zdziwił go główny wątek wywiadu. Jago była dla niego zaledwie pozbawionym wyrazu, nieosiągalnym cieniem. Machnął ze zniecierpliwieniem ręką i ruszył w kierunku salonu, żeby mieć miejsce do rozmyślań, usiąść, czytać, oderwać myśli od dziwacznych wydarzeń tego dnia, może jeszcze przed kolacją, którą Jago prawdopodobnie zje razem z nim, jeśli nikt nie otruł kucharza.

    Zatrzymał się jednak w obawie, że może ją obraził.

    - Jeśli pewnego dnia wypali ta sprawa z telewizją i na Mospheirę przyjedzie ekipa wiadomości, to poproszę, żebyście ty i Banichi przyjechali odwiedzić moją rodzinę. Chciałbym, żebyście zobaczyli, jacy jesteśmy. Chciałbym, żebyście nas poznali, nadi-ji.

    - Będę wielce zaszczycona - odrzekła poważnie Jago.

   Może więc załagodził sprawę. Poszedł do salonu i dorzucił kawałek drewna do ognia. Od ścian odbiło się echo grzmotu. Jago poszła za Brenem, najwyraźniej uważając, że on tego chce; nic jednak nie mówiła, tylko zajęła się przeglądaniem regałów z książkami.

    Z Jago nie można było dyskutować o pojmowaniu przez nią jej obowiązków albo o tym, co uznawała za towarzyskie zachowanie. Bren wziął do ręki książkę i chciał usiąść.

    Znów zabłysło światło.

    Spojrzał z rozdrażnieniem na lampy sufitowe.

    - To pewnie był bezpiecznik - odezwała się Jago z drugiego końca pokoju. - To dobrze.

    Bren przypomniał sobie zakurzone, stare przewody, biegnące w holu pod sufitem obok gołych rur gazowych, i wyobraził sobie, jak cały apartament wylatuje w powietrze od jednej iskry.

    - Malguri przydałaby się nowa instalacja elektryczna - mruknął. - Gdzie jest ten zbiornik z gazem?

    - Z jakim gazem?

    - Metanem.

    - W piwnicy - odparła Jago.

    - Pod budynkiem. To jest cholerna bomba, nadi. Tutaj naprawdę są potrzebne piece elektryczne. Jeśli zainstalowano światło, to z pewnością piece nie zaszkodzą.

    - Fundusze - rzekła Jago.

    - Czy szukając zabójców, pilnują też tego zbiornika?

    - Pod obserwacją jest każde wejście do budynku.

    - Chyba że zabraknie prądu.

    Jago wzruszyła ramionami.

    - Tych okien nikt nie pilnuje - powiedział Bren. - Przekonałem się o tym zeszłej nocy, kiedy przywrócono dopływ prądu. Jago zmarszczyła się, podeszła do okna, przeciągnęła palcem po ramie, spojrzała w górę i w bok - Bren nie widział, na co.

    - Jak się o tym przekonałeś, Bren-ji?

    - Otworzyłem okno, żeby wyjrzeć. Przywrócono dopływ prądu. Zadziałał alarm. Rozumiem, że to stary system.

    - Z całą pewnością - przytaknęła Jago. - Zameldowałeś o tym?

    - Obudził się cały personel.

    Jago nie wyglądała na zadowoloną, ale nie potrafił powiedzieć, co znalazła w oknie.

    - Poza Banichim - dodał.

    - Poza Banichim.

    - Nie wiem, gdzie był. Mówiłem ci. Przemówiliśmy się. Dokądś poszedł. - Przyszła mu do głowy pewna nieprzyjemna myśl, ale nie wypowiedział jej na głos. Obserwował, jak Jago podchodzi do drzwi, przymyka je i patrzy na ścianę zanimi, wciąż ze zmarszczoną twarzą. Ochrona nigdy nie wdaje się w rozmowy o ochronie. Wątpił, czy otrzyma jakieś wyjaśnienie.

    - Nadi Jago. Banichiego tu nie było. Czy masz jakieś pojęcie, gdzie przebywał zeszłej nocy?

    Równie dobrze mógłby wygłosić uwagę, że na dworze pada. Wyraz twarzy Jago nie zmienił się ani na jotę. Otworzyła drzwi na zwykłą szerokość i przeszła do pokoju przyjęć.

    Znów zgasło światło. Bren spojrzał ze zniecierpliwieniem w górę i wyszedł za Jago do pierwszego pokoju, żeby zaprotestować przeciwko milczeniu i dezorientacji jego ochrony. Jago stała przy oknie. Wyjęła skobelek, otworzyła i zamknęła boczną szybkę. Alarm się nie włączył.

    - Co się tu, do diabła, dzieje, Jago?

    Jago wyjęła z kieszeni komunikator, włączyła go i wypowiedziała ciąg niezrozumiałych dla Brena, zaszyfrowanych słów. Odpowiedział Banichi. Bren był raczej pewien, że to jego głos, a postawa Jago uspokoiła go jeszcze bardziej. Odpowiedziała Banichiemu, wyłączyła komunikator i schowała go do kieszeni.

    - Zadziałał - rzekła. - Nasz system zadziałał.

    - Twój i Banichiego? - zapytał Bren, ale wtedy zapiszczał komunikator. Jago znów go włączyła i zgłosiła się, wciąż ze zmarszczonym czołem.

    Odpowiedział głos Banichiego. Jago zmarszczyła się jeszcze bardziej. Pożegnała się krótko z Banichim, przyczepiła komunikator do pasa i ruszyła do drzwi.

    - Co to było? - zapytał Bren. - Co się dzieje? Jago?

    Wróciła, robiąc dwa kroki, chwyciła go za ramiona i spojrzała w dół na niego.

    - Bren-ji. Nigdy cię nie zdradziłam. I nigdy tego nie zrobię, Bren-ji.

    Po czym błyskawicznie zniknęła za drzwiami. Zamknęła je dokładnie.

    Jago? pomyślał Bren: Na ramionach wciąż czuł jej silne palce. Jej kroki szybko cichły, a on zadawał sobie pytanie, gdzie był zeszłej nocy Banichi, kiedy uruchomił się alarm.

    Jeśli istnieje inny system i Banichi miał go pod obserwacją, to wiedział, że Bren otworzył okno. I z jakiejś przyczyny nie wrócił do niego, kiedy włączył się ogólny alarm.

    Może Banichi już nie uważał tego za zagrożenie. Nie było to jednak podobne do Banichiego, którego znał Bren. Banichi takich rzeczy nie lekceważył.

    Wszystko to zakrawało na szaleństwo - od śniadania z wdową aż po ekipę telewizyjną wpuszczoną do zamku strzeżonego do tego stopnia, że Bren nie mógł dostać telefonu. Nie podobało mu się to, co teraz czuł. Nie podobały mu się powody, dla których Jago wybiegła z pokoju, dając mu do zrozumienia- w języku, w którym nie istniało słowo "zaufanie" - żeby jej zaufał.

    Jeszcze raz sprawdził skobelek przy oknie. Nie wiedział, kto mógłby się dostać na piętro wznoszące się nad przepaścią, i nie chciał się tego dowiedzieć. Sprawdził zamek przy drzwiach zewnętrznych, chociaż słyszał trzask zapadki.

    Na co się to jednak przyda, skoro cały personel ma klucze do tylnego holu...?

    Zaniepokoiła go nagła myśl. Poszedł prosto do sypialni i, ukląkłszy przy łóżku, sięgnął pod materac.

    Pistolet, który dał mu Banichi, zniknął.

    Zaczął go szukać, sądząc, że personel Malguri mógł go przesunąć przy słaniu łóżka, nie wiedząc nawet, że tam leży. Dla pewności Bren podniósł nawet materac - i nie znalazł ani broni, ani amunicji.

    Opuścił materac i ułożył porządnie pościel i futra. Potem usiadł na krawędzi łóżka, usiłując zwalczyć panikę, tłumacząc sobie, że ma tyle czasu na odkrycie braku pistoletu, ile dają mu ci, którzy go zabrali; a jeśli nie zainstalowali w pokojach jakichś urządzeń wizyjnych, to ktokolwiek zabrał pistolet, jeszcze nie wie, że Bren to odkrył.

    Fakt: ktoś go ma. Co więcej, uzbrojony jest w niego, ktoś, kto, być może, z natury rzeczy ma dostęp do tej służbowej broni albo amunicji jej kalibru. Należała do Banichiego - a jeśli pistoletu nie zabrał sam Banichi, to ma go ktoś inny, kto mógł go rozpoznać po identyfikatorze i charakterystycznych znakach na kulach i oddać go dowódcy Banichiego w Bu javid.

    Bez względu na to, do czego może zostać użyty.

    Jeżeli Banichi nie wie, co się stało, to trzeba go zawiadomić, 'że pistolet zniknął - a on nie ma ani telefonu, ani kieszonkowego komunikatora, ani żadnego sposobu zdobycia go poza wyjściem z apartamentu, naruszeniem jakiejś strefy bezpieczeństwa i nadzieją, że alarm wezwie Banichiego.

    Taki właśnie miał plan. Nie był to najbardziej dyskretny sposób zwrócenia na siebie uwagi.

    Z drugiej strony, jeśli uda, że nic się nie stało, to być może do powrotu Banichiego albo Jago sprawa się nie wyda. Zniknięcie pistoletu nie było kwestią, na którą zwracało się uwagę służby. Prawdopodobnie mógł zawierzyć Tano i Alginiemu, którzy przyjechali z nimi z Shejidan - nie był jednak tego pewien.

    Bren czuł przerażenie. Był zmęczony po niespokojnej nocy i nerwowym popołudniu. Być może nie podejmował najlepszych decyzji, ale wiedząc tylko tyle, ile wiedział, nie czuł się na siłach, by użyć sprytu.

    Wzdrygnął się nerwowo na odgłos dalekiego grzmotu - to też świadczyło o jego zmęczeniu. Mógł wyjść i spróbować uruchomić jakiś alarm, ale Banichi i Jago albo byli na zewnątrz, ścigając kogoś w deszczu, albo jeszcze gorzej, ścigali kogoś w samym zamku. Wyobraźnia podsunęła mu obraz zbiornika z metanem w piwnicy i jakiejś postaci z materiałami wybuchowymi...

    Nie wolno im jednak uszkodzić Malguri. Atevi nie obraliby tej drogi. Mishidi. Niezręczne. Niechlujne. Żadnego biichi-ji. Nie wysadzą budowli w powietrze. Jeśli coś się stanie i kula ze znakami, które mogłyby ją powiązać z Banichim, pojawi się w miejscu, gdzie pojawić się nie powinna, on będzie mógł zaświadczyć o tym, co naprawdę się stało.

    Chyba że właśnie on będzie tym nieboszczykiem.

    To nie jest odpowiednia pora na chodzenie po korytarzach, stwierdził Bren, ani na zaskakiwanie własnej ochrony, która sądzi, że zna miejsce jego pobytu. Planował spędzić popołudnie na lekturze. Okazało się, że nie ma lepszych ani mądrzejszych planów. Włożył szlafrok, żeby się trochę ogrzać, wrócił do kominka w salonie i wziął do ręki książkę o historii Malguri.

    O atevich. O lojalności. O niespełnionych nadziejach.

    On też żywił nadzieje - dotyczące uczuć, które po prostu nie istnieją. Nie istnieją i koniec, kropka. Nie ma sensu - nie ma nawet możliwości - zmieniać biologii. Co można zrobić? Wlać ludzkie hormony do atewskiego krwiobiegu, tak przemodelować atewskie mózgi, żeby wysyłały impulsy, które w nich nie powstają?

    I zapytać, w jaki sposób ludzie nie spełniają atewskich oczekiwań, na jakim poziomie emocjonalnym? Musi być jakiś poziom emocjonalny.

    Nie. Wcale nie musi. Znów to myślenie terracentryczne. Żadne prawa wszechświata nie powiadają, że uwarunkowania, dzięki którym atevi samodzielnie stworzyli bardzo porządne społeczeństwo, muszą odpowiadać ludziom lub powodować u atevich pozytywne reakcje na ludzi, którzy próbują nawiązać z nimi ludzkie stosunki. W racjonalnym wszechświecie coś takiego wcale nie musi mieć miejsca; co więcej, w racjonalnym wszechświecie jest o wiele bardziej racjonalne, żeby atewskie lokomotywy przypominały lokomotywy zbudowane przez ludzi, niż żeby atewska psychika przypominała ludzką. Lokomotywy skonstruowane przez jakikolwiek gatunek jeżdżą po szynach, mają tłoki do napędzania kół, kotły parowe lub silniki spalinowe, przekładnie do napędzania tłoków i rurę do odprowadzania dymu - tak nakazują prawa fizyki. Samoloty latające w powietrzu o podobnej jak na Ziemi gęstości, raczej nie będą wygląda jak lokomotywy. Rakiety nie będą przypominały lodówek. Fizyka nakłada pewne ograniczenia na urządzenia wykonujące daną pracę, a fizyka na starej Ziemi i fizyka na planecie atevich nie różni się ani na jotę.

    Natomiast biologia istot inteligentnych, mających do wykonania mnóstwo zadań podlegających wpływom mikrośrodowisk, ewolucji i genetycznego zamętu na dokładkę, może wykazywać piekielną liczbę zmiennych.

    Nie jest to niczyja wina. Nie jest niczyją winą, że przybyli w pobliże tej gwiazdy - może trafili na tunel podprzestrzenny czy jakąś nieciągłość; ludzie od fizyki mieli swoje teorie, ale żaden człowiek nie potrafił niczego udowodnić z miejsca, w którym się znajdowali. Z tego, co wiedzieli, mogła to być przeciwna strona, Bóg wie jakiego, dysku galaktycznego: żadne widmo nie pasowało do Sol ani do jego sąsiadów, pulsarów, według których, jak mówili fizycy, można by określić ich położenie... Kiedy tu ugrzęźli i udało im się sklecić stację, nie wiedzieli, gdzie się znajdują, i nie wiedzą tego do tej pory, bo czy można określić to miejsce w jakiś bezwzględny sposób, skoro nie mieli nawet pojęcia, jak długo trwał ich lot? Równie dobrze mogli przebywać w podprzestrzeni setki lat.

    Podróż do pasa zamarzniętego gruzu w pobliżu gwiazdy i z powrotem do strefy życia, gdzie skonstruowali stację, trwała długo i była bardzo powolna. Właśnie to, jak rozumiał sprawę Bren, stanowiło rzeczywisty problem polityczny: czy budować w obrębie strefy życia, czy na jej skraju. Zwyciężyła koncepcja budowania w strefie, mimo wiedzy, że otacza ona zamieszkały świat, mimo świadomości, że pewnego dnia może się okazać, że dokonali ryzykownego wyboru na podstawie bardzo niewielu danych...

    Polityczny kompromis. Zaakceptowanie przyszłego problemu w imię rozwiązania teraźniejszych kłopotów.

    Dodać do tego zniszczenie oczyszczalni i burze słoneczne, których zasięgu nikt wówczas nie znał, i leżącą pod ich stopami atrakcyjną planetę - do diabła, nie wyrządzą żadnych szkód, dogadają się z tubylcami, oni mają już napęd parowy, i tak spotkanie jest nieuniknione, dlaczego mieliby ryzykować swoje cenne życie, usiłując walczyć z przeciwnościami?

    Tak przynajmniej zrekonstruował proces podejmowania decyzji potomek astronautów w jakimś dziewiątym pokoleniu... Atevi nie mogą być tak bardzo odmienni. Mają lokomotywy. Mają młyny parowe. Mają przemysł.

    Mają też kompletnie odmienną psychikę, ale na podstawie znajomości fizyki, jaką się posługiwali, trudno się było tego domyślić.

    Nie można było tego stwierdzić przy spotkaniu z atevą. Cześć, jak się masz, ładna pogoda. Co za mili ludzie. Zorganizujemy jakiś handel, trochę techniki za kilka sztuk dziczyzny poza sezonem...

    Prosto w kulturową przepaść.

    A kiedy próbowali ją zasypać, dojść do jakiejś ugody z miejscowymi przywódcami, wpadli w sam środek kulturowego wiru.

   Ileż to razy pierwsi osadnicy zawalili sprawę. Ileż to razy na dobre zaangażowali się w Powierzchowne kontakty, zanim nie zaczęli pojmować, że zdrada to nie zdrada, a morderstwo to nie morderstwo oraz że nie można faworyzować jednego miejscowego aijiego i walczyć z innym, nie angażując się w konflikt Patronatu o kontynentalnym zasięgu ze wszystkimi tego konsekwencjami. Nikt się nie spodziewał, że cywilizacja znająca napęd parowy będzie miała światowy rząd...

    No, ale jeśli człowiek był wczesnym kolonistą, to być może nie spodziewał się, że ktokolwiek będzie się zachowywał inaczej niż on sam.

    Przed pięćdziesięciu laty - co oznaczało dwóch paidhiin temu - Mospheira wzięła głęboki oddech i wyłożyła na stół swoje karty: komunikację satelitarną i rakiety, z nadzieją, że w kombinacji z zaawansowaną techniką łączności biichi-ji i kabiu nie dopuszczą, by jakiś przedsiębiorczy ateva połączył środki wybuchowe z technologią wytwarzania paliw i wysłał rywali do diabła.

    Ponieważ ludzie już sądzili, że poznali atevich.

    Niech Bóg ma w opiece głupców i turystów.

    Bren przewrócił nie przeczytaną stronę, zdał sobie sprawę, że jej nie przeczytał i odwrócił ją z powrotem, starając się skupić na poczynaniach aijiin i ich doradców, którzy dawno temu zostali uniesieni z wiatrem Malguri i spłukani deszczem do gleby i - poprzez jezioro Maidingi - do morza, co o tej porze roku odbywało się szybciej niż na jesieni.

    Był na serio rozzłoszczony i jego myśli krążyły tu i tam, w ramach znanych mu ograniczeń, niczym zwierzęta w klatce. Prawdziwe odpowiedzi muszą leżeć poza kratami tej klatki, ograniczającymi jego możliwości zrozumienia.

    Być może, to tego punktu dochodzili wszyscy paidhiin. Może on okazał się najbardziej naiwny, na przykład dlatego, że nawiązał stosunki z najbardziej przyjaznym ze wszystkich aijiin, a tak piekielnie łatwo było zignorować ostrzeżenia obecne we wszystkich tekstach, jakie kiedykolwiek studiował, i wpaść prosto w tę samą pułapkę, w którą wpadli pierwsi ludzie na tej planecie - oczekiwać, że atevi okażą się ludzcy. Oczekiwać, że będą robić to, czego można spodziewać się po miłych, zdrowych na umyśle ludziach oraz czego on sam by sobie życzył, czego emocjonalnie od nich potrzebował - podczas gdy w rzeczywistości powinien przestać marzyć, zacząć dostrzegać oznaki niebezpieczeństwa i robić to, po co tu został przysłany.

    Powinien był zadzwonić, kiedy jeszcze był w Shejidan, nawet jeśliby towarzyszyć temu miało trzeszczenie drzwi wyważanych przez strażników Bu-javid. Nie powinien wciąż sądzić, że Tabini znajduje się pod jakąś presją i rozpaczliwie potrzebuje go w Shejidan, bo gdyby tak było, to sieć telewizyjna znajdująca się pod ścisłym nadzorem Tabiniego nie uciekałaby się do wywiadów, żeby udowodnić, że paidhi jest miłym, sympatycznym, przyjaźnie nastawionym gościem, a nie jakimś czarnym charakterem, zamierzającym przejąć władzę nad światem czy wymyślającym promienie śmierci zrównujące miasta z ziemią.

    Nie zdradzę cię, Bren-ji?

    Cóż, do diabła, znaczyły te słowa, rzucone, zanim Jago wypadła z pokoju i jak szalona pobiegła korytarzem?

    I gdzie jest pistolet, Jago? Gdzie jest pistolet Banichiego?






    Kłody na kominku przepaliły się i osunęły, posyłając w górę fontannę iskier. Bren dołożył drew i wrócił do książki.

    Ani słowa od Banichiego lub Jago, co się stało - czy ktoś przerwał kordon bezpieczeństwa, czy na lotnisko przyleciał ktoś dziwny albo czy mają jakieś złe wiadomości od Tabiniego?

    Przewrócił kartkę, uznał, że drugi raz przerwał czytanie gdzieś w połowie strony i odwrócił ją z powrotem. Uparcie usiłował skupić się na tekście, zapisanym na atewską modłę, i zrozumieć coś z antycznej, ozdobnej czcionki.

    Światło znów zapaliło się i zgasło.

    Niech to diabli, pomyślał i spojrzał w okno. Deszcz ograniczył się do przelotnych bryzgów, szarej chmury i rozrzuconych na szybie jasnych kropli. Świece rzucały złocisty blask. Z okna dochodziło białe światło, jakby chmury nareszcie się rozwiewały.

    Odłożył książkę i wstał, żeby przyjrzeć się niebu, gdy usłyszał kogoś w sypialni i zobaczył wchodzącego tylnym wejściem Djinanę.

    - Transformator czy przetarty kabel? - zapytał Bren gawędziarskim tonem.

    - Ateva ma nadzieję, że kabel - odparł służący i skłonił się. - Nadi, wiadomość dla ciebie.

    - Wiadomość? Tu, gdzie nie ma telefonów?

    Djinana podał mu maleńki zwój - Bren nie patrząc, domyślił się, że to pieczęć i wstążka Ilisidi, ponieważ czerwień i czerń oznaczały ród Tabiniego. Otworzył zwój paznokciem kciuka, zastanawiając się, czy może chodzi o jakieś spotkanie po śniadaniu, odwołanym lub przesuniętym w związku z pogodą.

    "Muszę z tobą natychmiast porozmawiać. Spotkamy się w holu na dole".

    I podpis Cenediego.

następny